Ten film to świetna nauczka dla wszystkich, którym udziela się łatwo stadny entuzjazm, jakże szybko rozprzestrzeniająca się dzisiaj epidemia jednodniowych bohaterów. Główna postać tego filmu zorganizowała sławną manifestację na Krakowskim Przedmieściu, kiedy to Młoda Warszawa tłumnie przybyła odzyskać przestrzeń rzekomo im zabraną przez grupę tak zwanych obrońców krzyża. I w sumie trudno powiedzieć, kto był bardziej groteskowy: czy ci dzierżący w dłoniach różańce i plastikowe torby starcy z religijnym obłędem w oczach, czy ci, którzy w modnych ciuchach i po kilku browarach przyszli ze starców szydzić z antyklerykalnym obłędem w oczach? Spektakl był żałosny z powodu całej obsady. A dowodził mu bohater co najmniej trzech ogólnopolskich tygodników tego czasu. Wprost, Polityka i Newsweek poświęciły mu nadzwyczaj chwalebne artykuły, jakby ta jednodniowa zadyma rozpętana najwyraźniej wbrew jego intencjom wystarczyła, aby z dnia na dzień stać się pieszczochem elit. Jak widać na załączonym obrazku, ulubieniec elit najwyraźniej nie utrzymał ciężaru miłości, jaką obdarzyła go polska inteligencja w ramach wybitnych osiągnięć na froncie polskiego narodowego obrażania siebie nawzajem.
Był krzyż, nie ma krzyża. Gdyby odrzeć tę żenującą historię z całego narodowo-katolickiego patosu z jednej strony barykady i wylansowaną, pseudointeligencką tłuszczą z buziami wykręconymi szyderstwem z drugiej, wychodzi na to, że z całej tej historii zarówno liberałowie, jak i państwowcy wychodzą nieźle poobijani.
Spór w gruncie rzeczy toczył się o to, jaki cel ma przestrzeń publiczna w demokratycznym państwie. A dokładniej - czy jej użytkowanie powinno pozostawać w rękach państwa, czy obywatela. Prawo czy wolność. Okazało się, że w Polsce liberałowie bronią prawa, a państwowcy podsycają anarchię.
Liberał powie, że agorę tworzymy po to, aby każdy miał prawo do wyjścia na środek placu, ulicy, skweru i nieskrępowanego głoszenia swoich poglądów. Zarówno geje, jak i obrońcy krzyża powinni mieć takie samo prawo do korzystania z przestrzeni publicznej.
Państwowiec powie, że po to władza dysponuje narzędziami prawa i środkami przymusu bezpośredniego, by w obronie - nie do końca przeze mnie rozumiane pojęcie - tak zwanego interesu publicznego, wartości, moralności i czego tam kto chce, ingerować w przestrzeń publiczną.
Od Prawa i Sprawiedliwości oczekiwałem więc obrony praworządności, dążenia do przywrócenia ładu publicznego i spokoju. Tymczasem PiS całe miesiące podsycało w Polsce nastrój rebelii, a rewolucyjny i wywrotowy duch przenikał większość przemówień reprezentantów tej partii.
Od Platformy Obywatelskiej oczekiwałem obrony praw wolnościowych, jakim jest niewątpliwie prawo do zrzeszania się, prawo do zgromadzeń, prawo do posiadania własnych poglądów politycznych i religijnych, prawo do wolnego ich głoszenia. Widok spontanicznej grupy zgromadzonej przed tym krzyżem powinien być miodem na serce każdego, kto przywiązany jest do idei liberalizmu.
Jakże byłem zaskoczony, kiedy z ust prezydent Warszawy słyszałem, że w Warszawie należy przywrócić porządek, że nie może być samowoli budowlanej etc. etc. Jakbym słyszał Lecha Kaczyńskiego z czasów, kiedy sprawował tę funkcję.
Szanowni Państwo, oto dożyliśmy czasów, kiedy partia liberalna broni prawa i sprawiedliwości, a Prawo i Sprawiedliwość zachęca do nieposłuszeństwa i robi w państwie niezły mess.