Jest Litwinem mieszkającym w USA. Nazywa się Robert Bruneika, ale sam o sobie mówi Hardkorowy Koksu. Ma polską żonę, a swoje materiały nagrywa dziwną mieszanką sokólskiego narzecza, akcentem tapmadl, litewskiego i amerykańskiej odmiany angielskiego. Skąd się bierze jego fenomenalna popularność w sieci? Z zazdrości. Jest żywym uosobieniem marzeń tysięcy chłopców ze wschodnich rubieży Europy. Marzeniem o tyle pociągającym, że na wyciągnięcie ręki. Nie jest od nich bystrzejszy, a pies moich przyjaciół ma bardziej skomplikowany słownik, a ma wszystko, o czym marzą: pieniądze, kobiety i cały luksus Las Vegas. 

To o takich karierach myślą polscy dwudziestolatkowie z powiatowej Polski. O takich mężczyznach myślą ich koleżanki z liceum. Oto bohater tego pokolenia.

Gdzie była Solidarność

Po konferencji “Tam też była Solidarność” w Białowieży, kilka gorących wniosków po wysłuchaniu referatów i “przemieleniu” własnych tez w rozmowach kuluarowych i oficjalnych. 

Solidarność rozumiana jako realna alternatywa dla rządzącej struktury ulokowana była głównie na szczeblu lokalnym - małych społeczności zorganizowanych w mniejszym stopniu branżowo, a w większym - terytorialnie. Owa terytorialność była cechą charakterystyczną Solidarności jako związku zawodowego, który ze swojej natury jest branżowy i reprezentuje grupę interesu. 

W przypadku okresu między sierpniem’80 a grudniem’81 mamy do czynienia z “wysychaniem” władzy - stopniową degradacją aparatu państwowego również na najniższym poziomie. Dochodzi do tego kryzys gospodarczy, którego dotkliwość spotęgowana jest upadkiem z dużej wysokości - Gierkowskiej prosperity. W ten sposób na poziomie zakładów pracy i gmin tworzy się decyzyjna próżnia - brak jest podmiotu mogącego wziąć na siebie ciężar władzy, podejmowania decyzji.

Tworzy się więc struktura alternatywna - tyle że tworzona od dołu. Podstawowe struktury Solidarności tworzą się w reakcji na bardzo realne problemy (zaopatrzenie zakładu pracy w surowce, problem z dostępem do opieki zdrowotnej etc.). I - u początków - mają po prostu te problemy załatwić. Dopiero ich spontaniczny wybuch w wielu miejscach (zakładach pracy, gminach) rodzi postulaty patriotyczne, wolnościowe, antypartyjne. Ich wektor jest jednak skierowany z góry na dół. U dołu są realne, konkretne, codzienne problemy.

W pewnym momencie funkcjonują więc w kraju dwie struktury decyzyjne: ta rządowa i nowa - solidarnościowa. Obie podobnie definiują sytuację (kryzys, chaos, niezadowolenie), obie - co jest paradoksalne - mają podobne pomysły na ich uzdrowienie. Taka sytuacja musi doprowadzić do otwartego konfliktu opartego na przemocy. Przychodzi grudzień 1981 r. 

Głupio zmarnowana szansa

Właśnie się okazało, że Białystok odpadł w pierwszej rundzie starań o Europejską Stolicę Kultury w 2016 roku. Lepszą ofertę przedstawiły Gdańsk, Lublin, Katowice, Wrocław i Warszawa i to spośród nich wyłoniony zostanie zwycięzca. Informacja ta jest o tyle smutna, że właśnie przemknęło nam koło nosa sporo pieniędzy, okazji do promocji w całej Europie no i, co tu dużo ukrywać, prestiżu.

Mam nadzieję, że reakcją po tej porażce nie będzie to, czego się obawiam i co zazwyczaj się dzieje, gdy Białemustokowi coś nie wychodzi, to jest:

“No tak, można się było tego spodziewać - traktują nas mało poważnie, śmieją się z nas, wytykają palcami. Choć mieliśmy najlepszy pomysł, to nasze szanse były zerowe u samego początku”

“Białystok nie ma się co porównywać z innymi ośrodkami pod względem potencjału kulturalnego. Nie mamy się czym pochwalić, nie mamy niczego “do sprzedania” Europie. Nie warto się było w ogóle starać”

Nie zdziwię się, jeżeli z przytoczonych wyżej tłumaczeń tej porażki korzystać będą również osoby odpowiedzialne za naszą ofertę, a więc również za to niepowodzenie. Okryte zrozumiałą (ktoś mógłby podkraść nasze doskonałe pomysły) tajemnicą przygotowania koncepcji ESK2016 w Białymstoku powinny teraz ujrzeć światło dzienne i stać się przedmiotem społecznych konsultacji w gronie szerszym niż obecnie. Tak, aby w następnym konkursie Białystok Europejską Stolicą Kultury po prostu został. Mam nadzieję, że przyczyny dzisiejszej decyzji będą głęboko przeanalizowane, a następnie wyciągnie się z nich odpowiednie wnioski. 

Nadal uważam, że Białystok nie tylko zasługuje na ESK, ale - gdyby nie interesy nie do końca zbieżne z tym celem - mógł złożyć ofertę najlepszą spośród konkurujących o ten tytuł miast. Mieliśmy ogromną szansę, ale ją głupio zmarnowaliśmy.

Polska droga do Internetu

Kiedy obserwuje się kierunek, w jakim zmierza polski Facebook i Twitter nie sposób oprzeć się dwóm refleksjom. Pierwsza, ta bardziej optymistyczna jest następująca: dynamiczne wchodzenie Polaków w Facebooka i - w mniejszym stopniu - Twittera - odbywa się nie poprzez automatyczne przyjmowanie formy, jaką te serwisy przyjęły w Stanach Zjednoczonych i Zachodniej Europie. Można to zresztą uogólnić na cały proces wchodzenia internetu do społeczeństw tradycyjnych. Okazuje się, że obierają one własną drogę i często aplikują internet na sposób zupełnie nieoczekiwany, inny od bardziej rozwiniętych społeczeństw. Polska jest krajem, w którym najprawdopodobniej będziemy mieli do czynienia, po pierwsze, z dużą grupą osób nie korzystających z internetu, pomimo niwelowania problemów natury infrastrukturalnej czy też finansowej (problem ten spotyka zresztą nawet kraje takie jak Wielka Brytania, o czym można przeczytać w “Manifesto for a Networked Nation” - 10 mln osób nigdy nie korzystających z internetu w UK, uznawanej za drugiego w kolejności lidera spośród dużych państw). Po drugie, ciekawe jest adaptowanie rozwiązań w rodzaju Facebooka lub Twittera do narodowej specyfiki. 

I stąd druga refleksja, może nie mniej optymistyczna, co wyrażająca pewien trudny do ukrycia niepokój. Polskie Facebooki i Twittery doskonale odzwierciedlają nasz narodowy charakter. Z serwisów, które miały być z założenia typowo informacyjnymi, lokalnymi i towarzyskimi, w polskim wydaniu stały się trybunami ogólnonarodowej debaty politycznej i ideologicznej. Serwisy, których istotą jest pewna ulotność, dystans i przymrużenie oka, są w polskim wydaniu platformami, gdzie gra się wysokie C, debatuje o sprawach fundamentalnych, uprawia politykę historyczną. Są naburmuszone, agresywne i ciężkie w odbiorze. Doskonałym przykładem jest polski Twitter, który został zdominowany przez grupę polityków, dziennikarzy, domorosłych publicystów i naburmuszonych ideologów i w niczym nie przypomina Twittera amerykańskiego.

Bardzo mi się to podoba. Jak w soczewce, przeglądając feedy Facebooka i Twittera, można zobaczyć polskie społeczeństwo jak w soczewce. I, wbrew pozorom, to, co tam zobaczymy, niewiele się różni od polskiego społeczeństwa w ogóle.  

Gdzie jest opozycja?

Prawo i Sprawiedliwość jest dla Platformy Obywatelskiej wręcz wymarzoną opozycją. Nie za bardzo interesującą się ani budżetem, ani podatkami, nie mówiąc o obietnicach przedwyborczych. Zamiast tego ciągnącą od miesięcy za sobą na wszystkie konferencje prasowe, do wszystkich studiów i gazet ten coraz nudniejszy krzyż smoleński. Krzyż, dzięki któremu wierni pretorianie umacniają się w wierze, a pozostali śmieją się, pukają w czoło, kiwają z politowaniem, a więc robią to, na czym zależy rządowi Tuska. Dryfując spokojnie zmierza on ku kolejnym wyborom z czterdziestoprocentowym poparciem dla Platformy Obywatelskiej. I konsekwentnie podsyca wszelkie doniesienia o nowych odlotach Kaczyńskiego, bo w ogóle jej nie zagrażają, a wręcz dają - na zasadzie kontrastu - wrażenie, że rząd na tle takiej opozycji jest rozsądny, zrównoważony, racjonalny, normalny.

Po wyborach prezydenckich Jarosław Kaczyński znalazł się w wymarzonej pozycji startowej do zwycięstwa w wyborach parlamentarnych w 2011 roku i osiągnięcia dobrego wyniku w tegorocznych wyborach do samorządu. Mocna pozycja lidera największej partii opozycyjnej, odbudowane zaufanie społeczne, wsparcie elektoratu szerszego niż tradycyjni wyborcy PiS. Wystarczyło kilka tygodni, by ten kapitał został roztrwoniony.

Sytuacja, w jakiej znajduje się obecnie państwo, wręcz wymaga od opozycji posiadającej jakąkolwiek odpowiedzialność za państwo patrzenia rządowi na ręce, który w tej chwili ma możliwość realizacji praktycznie wszystkich pomysłów. PiS mógłby na tym zarobić bardzo dużo, gdyby tylko chciał. Wystarczy przypomnieć, w jak łatwy i bezbolesny sposób przeprowadzono podwyżkę VAT. 2 sierpnia, w czasie, gdy na Krakowskim Przedmieściu trwały walki o krzyż, rząd uchwalił w spokoju ten pomysł wiedząc, że nikt nie zwróci na to uwagę. I miał rację.

Możliwe, że rację miał Michał Karnowski, prognozując niedawno w Polska The Times, że Kaczyński - zdając sobie sprawę z prawie zerowej zdolności koalicyjnej swojej partii i równie mało prawdopodobniej samodzielnej większości w przyszłym parlamencie, odpuścił te wybory na rzecz prezydentury w 2015. Zwycięstwo za pięć lat będzie symbolicznym hołdem i kontynuacją prezydentury brata-bliźniaka. Wszystko to ok, tylko gdzie w tym rachunku jest partia, a - przede wszystkim - gdzie jest kraj i obywatele, którym należy się porządna, merytoryczna i sprawna opozycja?

Biznes-mesjasze

Robiłem już w swoim życiu pewnie z kilkanaście badań, których uczestnikami byli polscy przedsiębiorcy. Z racji długiego życia poznałem i znam osobiście ze dwa tuziny osób prowadzących własny biznes. Z niektórymi się przyjaźnię. Pracowałem i pracuję z wieloma takimi osobami przy różnych projektach.

Kiedy teraz zbieram w całość wyniki tych badań, doświadczenia osobiste, rozmowy w mniej lub bardziej formalnych okolicznościach, uderza mnie jeden element wspólny większości tych osób. Stanowiąc awangardę tego społeczeństwa, jego nadzieję i siłę napędową, grupę bardzo różnych ludzi, ale prawie zawsze inteligentnych i wytrwałych, łączy ich jedna, niezmienna cecha - mania prześladowcza.

Dotychczas uważałem, że przedsiębiorcy - jak zresztą wszyscy Polacy - po prostu lubią narzekać: na władzę, samorządy, podatki, pracowników, konsumentów. Jednak kiedy się temu przyjrzeć dokładniej, okazuje się, że to narzekanie przyjęło formę wręcz ekstremalną. Polski przedsiębiorca jest prześladowany: przez rząd podatkami, przez samorządy brakiem wsparcia infrastrukturalnego, przez pracowników - nierealnymi żądaniami płacowymi, przez konsumentów - ciągłym dąsaniem się na jakość dóbr i usług. Zapytajcie dowolnego drobnego biznesmena o to, czy dowolnie wybranej z wymienionych wyżej strony odczuwa jakąkolwiek pomoc. Z dużą pewnością zaprzeczy, by po chwili skarżyć się na dręczenie go i nękanie przez wszystkich wymienionych na raz.

Wydawało mi się zawsze, że przedsiębiorca to ktoś, kto stara się przede wszystkim liczyć na siebie. Ktoś, kto wierzy, że - mimo nawet niepowodzeń - w końcu odniesie sukces. Wychowałem się na wizerunku amerykańskiego self-made-mana, pogodnego mimo katorżniczej pracy dającej minimalną szansę na awans “od pucybuta do milionera”. 

Polscy przedsiębiorcy nie mają nic wspólnego z tą figurą. Są oni raczej współczesną emanacją romantycznego mitu mesjańskiego, opuszczonej przez wszystkich jednostki, która  - cierpiąc za innych, daje im - już nie wolność, ale możliwość konsumpcji. Nie ulega wątpliwości, że przedsiębiorczość jest tym, co daje naszemu kraju rozwój i sukces na świecie. Nikt ich tu jednak nie prześladuje i nie za misję tych niedocenianych przez nikogo biznes-mesjaszy będziemy ich oceniać, ale za jakość i taniość rzeczy, które nam będą sprzedawać.

Obsesja obsesji

Posiadać obsesję na jakimś punkcie to na pewno nic dobrego, chyba że dotyczy ona spraw uniwersalnych i ostatecznych, takich jak ewolucjonizm, kultura wina, piosenki Babyshambles, książki Zbigniewa Nienackiego albo filmy Wojcieszka.

Wszystko są to zdrowe obsesje. Są też obsesje niezdrowe. Obsesja na punkcie Michnika i Radio Maryja, Gazety Wyborczej i Naszego Dziennika, obsesja bycia podglądanym albo podsłuchiwanym, obsesje na punkcie Żydów (filosemityzm i antysemityzm) i wiele, wiele innych. Są one destrukcyjne i przy dostatecznym natężeniu grożą, jeśli nie szpitalem psychiatrycznym, to na pewno głęboką tępotą i - jak to nazywam - kanałowym myśleniem. 

Obsesja zmniejsza bowiem umiejętność obiektywnej oceny otaczającej rzeczywistości, ogranicza do minimum dywersyfikację źródeł wiedzy o świecie i sprawia, że opętany taką obsesją osobnik przestaje być uczestnikiem świata, a staje się bezrefleksyjnym odbiorcą i repetytorem treści. Przyjmuje i powtarza, przyjmuje i powtarza, itd, itd.

W przypadku niezdrowych obsesji wytwarza się jeszcze dodatkowy mechanizm, który roboczo nazywam obsesją obsesji. Co bowiem zrobić, kiedy do naszych oczu i uszu docierają jakimś przypadkiem treści, które stoją wbrew obsesyjnemu przekonaniu? Oczywiście, najłatwiej nazwać je obsesyjnymi. W ten sposób miłośnicy Radio Maryja nazywają obsesyjnymi poglądy swoich przeciwników. W ten sam sposób zwolennicy Gazety Wyborczej nazywają obsesyjnymi poglądy swoich krytyków. 

W ten również sposób jedna obsesja (na punkcie Żydów na przykład), rodzi drugą obsesję (na punkcie filosemitów). A filosemicka obsesja rodzi obsesję na temat antysemitów.

Z ogarniętymi obsesją obsesji nie da się dyskutować. W Polsce nie istnieje dyskusja publiczna właśnie dlatego, że sfera publiczna jest zdominowana chorymi na obsesję i używającymi argumentu o obsesji jako kluczowego instrumentu w rozmowie. Nie liczy się, co ktoś powiedział, ale w jakiej gazecie. Nie liczy się racjonalność i rzeczowość wywodu, ale nazwisko (Bartoszewski, Staniszkis, Krasnodębski). Więc piszą: “jesteś jak Bartoszewski”, albo “chyba Cię Krasnodębski czymś zaraził”, jakby byli oni umysłowo chorzy, głupsi od każdego takiego komentatora, niewarci poważnego traktowania. Zresztą, oni sami nie pozostają bez winy, kierując na siebie zarzuty o różnych obsesjach.

Żyję w kraju, gdzie obsesja goni obsesję, a obie z nich pogania obsesja.

Gazowanie Ukraińców w Luton

Jeśli to prawda, to jest już dawno po świętach. Jak donoszą Wiadomości24, 18 grudnia, na lotnisku w Luton (Wielka Brytania) incydent, który prawdopodobnie nie wywoła w Polsce burzy, a powinien. Pasażerowie samolotu czekającego na odlot do Kijowa - w większości Ukraińcy - czekali spokojnie na swoją kolej. Opóźnienie osiągnęło już trzy godziny, kiedy to załoga oznajmiła, że samolot nie odleci. Kiedy pasażerowie zaczęli protestować, na pokład wtargnęły służby porządkowe i za pomocą gazu łzawiącego ‘opróżniły samolot z Ukraińców’, po czym na pokład wsiedli Polacy, aby zdążyć na święta, a samolot poleciał do Poznania.

Jeśli taka duża firma przewozowa mogła pozwolić sobie na tak skandaliczny krok, świadczy tylko o jednym. Nasi wschodni sąsiedzi (nie tylko Ukraińcy, ale też Litwini i Białorusini), są w Europie traktowani nie jak obywatele drugiej kategorii, ale po prostu jak pod-ludzie. Traktuje się ich źle nie tylko w Polsce, ale - jak pokazuje ten przykład - również w krajach na pierwszy rzut oka bardziej cywilizowanych. Polacy wyjeżdżający na Wschód - do Wilna, Grodna albo Lwowa - też bardzo często nie potrafią szanować tożsamości narodowej tych ludzi, o czym miałem okazję się wielokrotnie przekonać.

Uważam, że czymś kompletnie naturalnym powinno być oświadczenie strony polskiej w sprawie incydentu z Luton. Oświadczenie, w którym stwierdzimy i udowodnimy, że na decyzję o zagazowaniu Ukraińców po to, aby Polacy mogli polecieć tym samolotem do Poznania, strona polska nie miała jakiegokolwiek wpływu i że wyraża głębokie ubolewanie z powodu tego, co się stało. Powinniśmy stanąć murem za Ukraińcami i pilnować ich interesów, bo są bardzo podobne do naszych. Wystarczy przypomnieć, jak my byliśmy traktowani w Europie jeszcze dziesięć lat temu.