Realnym efektem spektakularnej akcji przeciwko tak zwanym dopalaczom jest co najmniej 5 tysięcy osób bez pracy i obcięcie polskiej gospodarce 10-15 mln złotych tygodniowego obrotu. A to dane dotyczące tylko jednej firmy zajmującej się dotąd sprzedażą tych substancji. Relacja premiera-szeryfa z rozpiętą koszulą oznajmiającego, że zlikwiduje sprzedaż tych narkotyków, choćby miał poruszać się “na granicy prawa” brzmiała - po pierwsze - złowieszczo, ponieważ prawo i jego przestrzeganie powinno być podstawowym punktem odniesienia działań rządu, a po drugie jako żywo przypomniało mi konferencje ministra Ziobry.
Tylko czekać, jak któregoś ranka telewizja pokaże któregoś dopalaczowego bossa w samych gaciach wyprowadzanego w kajdankach przez policjantów w kominiarkach. A wszystko to nie w ramach realizacji ustaw, ale w imię mgliście rozumianego “interesu publicznego”. Czy rzeczywiście w interesie społecznym jest pozbawianie tysięcy ludzi pracy, a budżetu potężnych wpływów podatkowych po to tylko, żeby uniemożliwiać grupie ludzi skłonnych do wciągania nosem dziwnych substancji osiągania lepszych lub gorszych stanów świadomości? Tym bardziej, że bogate doświadczenia prohibicyjne pokazują, że jest to nie tylko walka z wiatrakami, ale że wszelkie tego typu działania prowadzą do skutków wręcz odwrotnych: ilość konsumentów nie spada, budżet jest pozbawiony wpływów, a organy ścigania potrzebują przecież forsy na bieganie za dopalaczowymi dilerami. Rynek przenosi się do podziemia i wtedy nie ma już żadnej kontroli, co amatorzy wciągania nosem aplikują swoim śluzówkom.
Trudno podejrzewać, że minister Kopacz oraz premier nie zdają sobie sprawy z tych oczywistych faktów. Dlaczego więc zdecydowali się na tę potężną akcję policyjno-sanepidowo-medialną (dziwnym zbiegiem okoliczności od kilku dni - jak na zawołanie - codziennie umiera jakaś ofiara tych dopalaczy - co wcześniej się tak często nie zdarzało….)? Odpowiedź jest prosta. Rząd jest skłonny poświęcić tysiące stanowisk pracy, potężne wpływy budżetowe i zaangażować zastępy ludzi nie po to, aby obywatele tego kraju się nie truli. Gdyby zdecydowano się na zakaz dystrybucji substancji “potencjalnie niebezpiecznych dla zdrowia” (jestem pod urokiem tego sformułowania min. Kopacz i Kwiatkowskiego), ze sklepów powinny zniknąć nie tylko wódka i piwo, jak również papierosy, ale także cukier, płyn do paznokci, klej, gałka muszkatołowa, kawa, herbata i wiele, wiele innych. Skoro dopalacze są potencjalnie niebezpieczne dla zdrowia, to - skoro mamy być konsekwentni - precz z herbatą z cukrem!
Następnym razem, jeśli wydarzy się, że wasz przyjaciel przesadzi z alkoholem i dopadną go nudności, problemy z błędnikiem albo kłopoty z kontrolą mięśni twarzy albo zacznie mówić lub robić rzeczy, o które byście go nie podejrzewali, koniecznie odnajdźcie sklep, w którym sprzedano mu ten płyn, a następnie niezwłocznie zawiadomcie stosowne organy ścigania, bo oto sprzedano mu substancję “potencjalnie niebezpieczną dla zdrowia”. Ciekawe, czy polskie państwo będzie z taką samą gorliwością ścigać sprzedawców dopalaczy, z jaką walczy z handlem papierosami i alkoholem?