Czytam doskonałą książkę Mariusza Szczygła (tak, to ten sam pan, który prowadził w Polsacie tok szoł “Na każdy temat”). Książka jest o Czechach, bo Pan Szczygieł bez krępacji przyznaje się do czechofilii? czechofilstwa? Lejtmotywem przewijającym się przez wszystkie eseje jest zagadnienie popularności ateizmu naszych południowych sąsiadów. Z punktu widzenia historycznego jest to całkiem zrozumiałe - zarówno katolicy, jak i protestanci dużo krzywdy narodowi narobili - ci pierwsi chyba nawet najwięcej - spalając bohatera narodowego Husa w bodajże 1415 w Konstancji.
Najciekawsze są w książce fragmenty rozmów Szczygła ze zwykłymi i niezwykłymi Czechami na temat religii i Boga. Bo Czesi potrafią i lubią śmiać się z religii, czego Szczygieł daje dużo przykładów, ale umieją też mówić o tym poważnie. A jak mówią poważnie, to dotykają sedna.
Szczygieł pyta niejakiego Milana, do kogo się zwróci, jeśli zawiodą go wszyscy przyjaciele? - “Do siebie - odpowiada Milan - Nie mam żadnego superwizora. Siebie mam i to jest znacznie trudniejsze. Jeśli zdradzę swoją dziewczynę, mam poczucie grzechu, ale ja sam muszę sobie z tym poradzić. Zostaję z winą, nigdzie nie mogę się rozgrzeszyć. To jest dopiero zadanie”.
Eva: “Jeśli ty kogoś skrzywdzisz, kiedyś skrzywdzą ciebie. Musisz być dobry z pragmatycznych powodów”
Filip: “Jak sobie człowiek uświadomi, że jest tylko jeden jedyny raz na świecie,to jeszcze bardziej go to motywuje, żeby znaleźć sens dobrego życia. Dopiero w tym jest logika”.
O tak, jest, i to wielka!
Drogi Panie Radku O!
To, że jesteś i…cylem widzę po nieudolnej próbie sklecenia czegoś na kształt recenzji. Próbujesz oceniać, dobra maniera głębokiego kompleksu, ale pomijasz podstawową cechę dobrego wychowania i uczciwego krytyka - jesteś uroczo stronniczy.
Ładnie, że zapamiętałeś kilka nazw warszawskich klubów. Winszuję pamięci- ale co ma piernik do wiatraka? Jakie podobieństwa dostrzegasz pomiędzy Kopiluwakiem a Planem B, czy Kafką? Nowy Wspaniały Świat powstawał jednocześnie z moją kawiarnią, kiedy więc miałem zaczerpnąć inspiracji?
Piszesz, że głównym kreatorem Kopiluwaka był Damian Kudzinowski - wielka nierzetelność wkrada się w to stwierdzenie, gdyż co do ostatniej złotówki, żarówki i kropki w menu to ja stworzyłem Kopiluwaka własnoręcznie. Czuję się obrażony takim pomówieniem. Nie powinieneś też pisać o Damianie jako kreatorze, gdyż do stworzenia Kopiluwaka i uczestnictwa w jego koncepcji został przeze mnie zaproszony. Nie rozumiem takich bzdur wypisywanych na łamach madeinbiałystok.com, przypominając, że nazwa portalu powstała w lokalu Kopiluwaka, gdzie zaprosiłem ówczesne grono dziennikarskie.
Co do kuchni, trudno mi dyskutować o Twoim guście, jak sądzę wykwintnie poruszonym przez zacne rody podlaskich restauratorów. Ale dlaczego główną skalą oceny kawiarni jest kuchnia i wino? Wydaje mi się, że Kopiluwak nigdy nie pretendował do miana restauracji i od początku dopiskiem do jego nazwy było słowo „klubokawiarnia”. Tu zwrócę Twoje błyskotliwe oko krytyka na słowo „ KAWiArnia”. Geneza powstania Kopiluwaka jest prosta. Pewnego dnia zabrakło mi w Białymstoku miejsca z zapachem kawy i świeżej gazety. Zauważyłem też, że ludzie którzy mieli coś do powiedzenia nie mieli gdzie się spotykać. Kopiluwak nie miał ambicji bycia wykwintną restauracją, a raczej laboratorium przy kawiarni, może więc nieopatrznie stałeś się królikiem doświadczalnym w jednym z eksperymentów…
Reasumując, zapraszam Cię serdecznie na kawę, bo jak nie zauważyłeś w tekście z madeinbialystok - ta w Kopiluwaku jest dość ciekawym akcentem na mapie podlaskich ekspresów.
Pozdrawiam
Przemek Makowiecki
p.s. Winszuję bystrości spojrzenia na ocieplenie przestrzeni. Rzeczywiście zmieniliśmy wystawę malarską na fotograficzną. Ostrzegam, że przestrzeń może się czasem wyziębiać, ekspozycja zmienia się co miesiąc.
p.s.2 Marcin Kula o polskiej mentalności upupiania sukcesu pisze – „Kto to powiedział, że niektórych grup ludzi nie trzeba w piekle pilnować, bo oni sami wciągną się z powrotem do kotła?”
p.s.3 Następnym razem pisząc recenzję wpadnij do miejsca, które oceniasz - będzie Ci łatwiej je opisywać.
Kiedy na moim Twitterze i Facebooku napisałem, że Richard Florida mógłby myśleć o Białymstoku pisząc:
to nie ludzie przybywają tam, gdzie są miejsca pracy, lecz firmy powstają tam, gdzie są utalentowani ludzie
…nie spodziewałem się, że moi followersi i przyjaciele odbiorą to osobiście! W fascynującej i już kultowej książce pod tytułem “Narodziny klasy kreatywnej” Florida pokazuje tworzenie się na naszych oczach nowej klasy społecznej. Tych, którzy produkowali, jest już mniej od tych, którzy dostarczają usługi. Obok tych dwóch klas tworzy się trzecia: tych, których pracą jest wymyślanie, dostarczanie pomysłów, tworzenie trendów: są to nie tylko menedżerowie i PR-owcy, ale również naukowcy, kreatorzy mody, artyści itd. Jest już ich w USA około 30%. Florida pokazuje, że to właśnie obecność tych “kreujących” napędza rozwój i zwiększa dobrobyt. Na przykładzie USA pokazuje, że to do tych miejsc pchają się drzwiami i oknami pracodawcy, a za nimi pieniądze. I że nie są ważne drogi i lotniska, ale klimat sprzyjający kreatywności.
Pomysł na Białystok, który od pewnego czasu forsuje egzotyczna koalicja artystów, filozofów, niektórych naukowców i niestety niewielu polityków to właśnie pomysł na miasto przyjazne ludziom z dobrymi pomysłami, realizujących je niezależnie od tych czy innych indolencji władz. Z wywodu Floridy wynika, że do takich miejsc inwestorzy sami chcą przychodzić, a rolą władz jest tylko tworzyć klimat dla kreatywności (bez wielkich pieniędzy). Z przyjemnością podpisuję się pod tym pomysłem, bo to przyniesie rozwój i dobrobyt szybciej niż lotniska, autostrady i wolne strefy ekonomiczne.
Jest Litwinem mieszkającym w USA. Nazywa się Robert Bruneika, ale sam o sobie mówi Hardkorowy Koksu. Ma polską żonę, a swoje materiały nagrywa dziwną mieszanką sokólskiego narzecza, akcentem tapmadl, litewskiego i amerykańskiej odmiany angielskiego. Skąd się bierze jego fenomenalna popularność w sieci? Z zazdrości. Jest żywym uosobieniem marzeń tysięcy chłopców ze wschodnich rubieży Europy. Marzeniem o tyle pociągającym, że na wyciągnięcie ręki. Nie jest od nich bystrzejszy, a pies moich przyjaciół ma bardziej skomplikowany słownik, a ma wszystko, o czym marzą: pieniądze, kobiety i cały luksus Las Vegas.
To o takich karierach myślą polscy dwudziestolatkowie z powiatowej Polski. O takich mężczyznach myślą ich koleżanki z liceum. Oto bohater tego pokolenia.
Prezydent Komorowski oczywiście postąpił słusznie, zapraszając generała Jaruzelskiego do Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Po pierwsze dlatego, że Jaruzelski - czy tego chcemy, czy nie - jest byłym prezydentem naszego kraju, a po drugie - czy tego chcemy czy nie - jest pomimo zaawansowanego wieku wytrawnym i przebiegłym politycznym graczem. Zaproszenie Komorowskiego wykorzystał Jaruzelski w sposób mistrzowski listem, z którego wynika, że w obliczu nagonki, jaką rozpętało to zaproszenie i z powodu poważnych problemów ze zdrowiem nie będzie mógł uczestniczyć w posiedzeniach RBN. W ten sposób jest Jaruzelski niekwestionowanym zwycięzcą całej tej awantury. Wzbudził w opinii publicznej współczucie (“jak można schorowanego człowieka tak traktować?”), uznanie (w liście wielokrotnie podkreśla, jak bardzo pomógłby prezydentowi w prowadzeniu polityki zagranicznej z racji swoich doświadczeń), a także szacunek należny żołnierzowi. Okazało się, że ten niedołężny staruszek wykazał się większą przytomnością i wyrachowaniem, niż wszyscy jego zwolennicy i wrogowie razem wzięci. Aby wrócić na ziemię, polecam film, który 13 grudnia 1980 roku zobaczyłem zamiast Teleranka, a słowa generała o bandach, chaosie, dywersantach i wrogach państwa były dla mnie tak samo absurdalne, jak dla moich rodziców.
(Źródło: youtube.com)
Po konferencji “Tam też była Solidarność” w Białowieży, kilka gorących wniosków po wysłuchaniu referatów i “przemieleniu” własnych tez w rozmowach kuluarowych i oficjalnych.
Solidarność rozumiana jako realna alternatywa dla rządzącej struktury ulokowana była głównie na szczeblu lokalnym - małych społeczności zorganizowanych w mniejszym stopniu branżowo, a w większym - terytorialnie. Owa terytorialność była cechą charakterystyczną Solidarności jako związku zawodowego, który ze swojej natury jest branżowy i reprezentuje grupę interesu.
W przypadku okresu między sierpniem’80 a grudniem’81 mamy do czynienia z “wysychaniem” władzy - stopniową degradacją aparatu państwowego również na najniższym poziomie. Dochodzi do tego kryzys gospodarczy, którego dotkliwość spotęgowana jest upadkiem z dużej wysokości - Gierkowskiej prosperity. W ten sposób na poziomie zakładów pracy i gmin tworzy się decyzyjna próżnia - brak jest podmiotu mogącego wziąć na siebie ciężar władzy, podejmowania decyzji.
Tworzy się więc struktura alternatywna - tyle że tworzona od dołu. Podstawowe struktury Solidarności tworzą się w reakcji na bardzo realne problemy (zaopatrzenie zakładu pracy w surowce, problem z dostępem do opieki zdrowotnej etc.). I - u początków - mają po prostu te problemy załatwić. Dopiero ich spontaniczny wybuch w wielu miejscach (zakładach pracy, gminach) rodzi postulaty patriotyczne, wolnościowe, antypartyjne. Ich wektor jest jednak skierowany z góry na dół. U dołu są realne, konkretne, codzienne problemy.
W pewnym momencie funkcjonują więc w kraju dwie struktury decyzyjne: ta rządowa i nowa - solidarnościowa. Obie podobnie definiują sytuację (kryzys, chaos, niezadowolenie), obie - co jest paradoksalne - mają podobne pomysły na ich uzdrowienie. Taka sytuacja musi doprowadzić do otwartego konfliktu opartego na przemocy. Przychodzi grudzień 1981 r.
To prawda. Jest coś totalitarnego w dziwnym zainteresowaniu, jakie przejawia władza tym, co obywatel je, co wciąga nosem albo wdycha, gdzie mieszka, co mówi i czy aby jest dostatecznie zabezpieczony przed chorobami, wypadkami i wpadkami, zatruciami żołądkowymi i wszystkim tym, co da się kontrolować, a czego jeszcze się nie kontroluje. Władza jest niezmiernie zainteresowana dietą obywatela i - dodatkowo - przejawia ogromne skłonności ku kształtowania jej zgodnie ze swoją wolą. Najgorsze, że za tym ogólnym pojęciem “władzy” kryje się nikt inny, tylko zwykły człowiek, który z takich lub innych powodów zapragnął decydować o tym czy tamtym. A obywatele konsekwentnie wybierają takich, którzy lubią takie “zabawy”.
Nigdy w życiu nie paliłem papierosów i - ogólnie - papierosy mi śmierdzą. Jednocześnie zakaz spożywania legalnej substancji przeraża mnie, po pierwsze swoją absurdalnością, po drugie zaś - wiadomo, że w rezultacie ani palaczy nie ubędzie, ani niepalący nie uwolnią się od papierosowego dymu. Już nie mogę się doczekać kolejnej podróży pociągiem, kiedy trzeba będzie skorzystać z zadymionej toalety, w której na sto procent będą kryć się potajemnie palacze. Łamiąc prawo, czego nikt nie będzie im w stanie udowodnić (więc prawo będzie ośmieszone po raz kolejny). Już nie mogę się doczekać, kiedy wybiorę się do lokalu z zakazem palenia, lecz aby się do niego dostać, będę musiał przebić się przez chmurę papierosowego dymu, którego stężenie równe będzie wypaleniu pół paczki fajek.
Zakaz jest również ciosem w wolny rynek - to podcinanie skrzydeł inwencji restauratorów, właścicieli barów, pubów i kawiarni. I - jednocześnie - otwarcie pola do sprytnego omijania głupiego prawa. W jednym z lokali, w którym niedawno byłem, są co prawda dwa pomieszczenia: dla palących i niepalących, ale aby dojść do tego drugiego, trzeba najpierw przejść kilkadziesiąt metrów w kłębach dymu. To samo należy uczynić, aby dostać się do toalety…
Czy jest coś dziwnego i wymagającego głębszego uzasadnienia w stwierdzeniu, że to przedsiębiorca powinien decydować, czy w jego lokalu można palić, czy nie, i że to konsument powinien decydować, czy chce swój wolny czas spędzić w kłębach śmierdzącego dymu, czy też w czystym powietrzu?
Na koniec gorzki paradoks. Za wypalenie papierosa w miejscu publicznym można obecnie dostać mandat na 500 złotych. Za spożywanie piwa na ławce w parku (równie absurdalny przepis) - 100 złotych.
Właśnie się okazało, że Białystok odpadł w pierwszej rundzie starań o Europejską Stolicę Kultury w 2016 roku. Lepszą ofertę przedstawiły Gdańsk, Lublin, Katowice, Wrocław i Warszawa i to spośród nich wyłoniony zostanie zwycięzca. Informacja ta jest o tyle smutna, że właśnie przemknęło nam koło nosa sporo pieniędzy, okazji do promocji w całej Europie no i, co tu dużo ukrywać, prestiżu.
Mam nadzieję, że reakcją po tej porażce nie będzie to, czego się obawiam i co zazwyczaj się dzieje, gdy Białemustokowi coś nie wychodzi, to jest:
“No tak, można się było tego spodziewać - traktują nas mało poważnie, śmieją się z nas, wytykają palcami. Choć mieliśmy najlepszy pomysł, to nasze szanse były zerowe u samego początku”
“Białystok nie ma się co porównywać z innymi ośrodkami pod względem potencjału kulturalnego. Nie mamy się czym pochwalić, nie mamy niczego “do sprzedania” Europie. Nie warto się było w ogóle starać”
Nie zdziwię się, jeżeli z przytoczonych wyżej tłumaczeń tej porażki korzystać będą również osoby odpowiedzialne za naszą ofertę, a więc również za to niepowodzenie. Okryte zrozumiałą (ktoś mógłby podkraść nasze doskonałe pomysły) tajemnicą przygotowania koncepcji ESK2016 w Białymstoku powinny teraz ujrzeć światło dzienne i stać się przedmiotem społecznych konsultacji w gronie szerszym niż obecnie. Tak, aby w następnym konkursie Białystok Europejską Stolicą Kultury po prostu został. Mam nadzieję, że przyczyny dzisiejszej decyzji będą głęboko przeanalizowane, a następnie wyciągnie się z nich odpowiednie wnioski.
Nadal uważam, że Białystok nie tylko zasługuje na ESK, ale - gdyby nie interesy nie do końca zbieżne z tym celem - mógł złożyć ofertę najlepszą spośród konkurujących o ten tytuł miast. Mieliśmy ogromną szansę, ale ją głupio zmarnowaliśmy.
Realnym efektem spektakularnej akcji przeciwko tak zwanym dopalaczom jest co najmniej 5 tysięcy osób bez pracy i obcięcie polskiej gospodarce 10-15 mln złotych tygodniowego obrotu. A to dane dotyczące tylko jednej firmy zajmującej się dotąd sprzedażą tych substancji. Relacja premiera-szeryfa z rozpiętą koszulą oznajmiającego, że zlikwiduje sprzedaż tych narkotyków, choćby miał poruszać się “na granicy prawa” brzmiała - po pierwsze - złowieszczo, ponieważ prawo i jego przestrzeganie powinno być podstawowym punktem odniesienia działań rządu, a po drugie jako żywo przypomniało mi konferencje ministra Ziobry.
Tylko czekać, jak któregoś ranka telewizja pokaże któregoś dopalaczowego bossa w samych gaciach wyprowadzanego w kajdankach przez policjantów w kominiarkach. A wszystko to nie w ramach realizacji ustaw, ale w imię mgliście rozumianego “interesu publicznego”. Czy rzeczywiście w interesie społecznym jest pozbawianie tysięcy ludzi pracy, a budżetu potężnych wpływów podatkowych po to tylko, żeby uniemożliwiać grupie ludzi skłonnych do wciągania nosem dziwnych substancji osiągania lepszych lub gorszych stanów świadomości? Tym bardziej, że bogate doświadczenia prohibicyjne pokazują, że jest to nie tylko walka z wiatrakami, ale że wszelkie tego typu działania prowadzą do skutków wręcz odwrotnych: ilość konsumentów nie spada, budżet jest pozbawiony wpływów, a organy ścigania potrzebują przecież forsy na bieganie za dopalaczowymi dilerami. Rynek przenosi się do podziemia i wtedy nie ma już żadnej kontroli, co amatorzy wciągania nosem aplikują swoim śluzówkom.
Trudno podejrzewać, że minister Kopacz oraz premier nie zdają sobie sprawy z tych oczywistych faktów. Dlaczego więc zdecydowali się na tę potężną akcję policyjno-sanepidowo-medialną (dziwnym zbiegiem okoliczności od kilku dni - jak na zawołanie - codziennie umiera jakaś ofiara tych dopalaczy - co wcześniej się tak często nie zdarzało….)? Odpowiedź jest prosta. Rząd jest skłonny poświęcić tysiące stanowisk pracy, potężne wpływy budżetowe i zaangażować zastępy ludzi nie po to, aby obywatele tego kraju się nie truli. Gdyby zdecydowano się na zakaz dystrybucji substancji “potencjalnie niebezpiecznych dla zdrowia” (jestem pod urokiem tego sformułowania min. Kopacz i Kwiatkowskiego), ze sklepów powinny zniknąć nie tylko wódka i piwo, jak również papierosy, ale także cukier, płyn do paznokci, klej, gałka muszkatołowa, kawa, herbata i wiele, wiele innych. Skoro dopalacze są potencjalnie niebezpieczne dla zdrowia, to - skoro mamy być konsekwentni - precz z herbatą z cukrem!
Następnym razem, jeśli wydarzy się, że wasz przyjaciel przesadzi z alkoholem i dopadną go nudności, problemy z błędnikiem albo kłopoty z kontrolą mięśni twarzy albo zacznie mówić lub robić rzeczy, o które byście go nie podejrzewali, koniecznie odnajdźcie sklep, w którym sprzedano mu ten płyn, a następnie niezwłocznie zawiadomcie stosowne organy ścigania, bo oto sprzedano mu substancję “potencjalnie niebezpieczną dla zdrowia”. Ciekawe, czy polskie państwo będzie z taką samą gorliwością ścigać sprzedawców dopalaczy, z jaką walczy z handlem papierosami i alkoholem?
